|
Viktoria, to znaczy zwycięstwo a zwycięstwa mogą być rożne. To będzie krotka opowieść o łodzi,
paczce ludzi i o ich zwycięstwie nad niepewnością losu.
Zwycięstwie wytrwałości nad gonitwą dzisiejszych czasów. Opowieść o wyprawie będącej dowodem,
że kiedy człowiek czegoś pragnie dokonać to mu się uda. I zależy tylko od niego, jak wykorzysta
swoje zdolności.
W roku 1519 portugalski żeglarz Fernao de Magalhaes (po hiszpańsku zwany Fernando Magallanes lub
nowocześnie Ferdynand Magellan) wypłynął w rejs, którego wielkość i znaczenie trudno porównać z
innymi wydarzeniami w dziejach odkrywania świata. Celem jego wyprawy było znalezienie zachodniej
drogi do Wysp Korzennych. Jaki to był człowiek, który musiał stawić czoło rozlicznym wyzwaniom -
nieznanym lądom i oceanom, nieprzyjaznym pogodom, intrygom nieprzyjaciół? A jak ciężkie musiały
być warunki na żaglowcach w XVI stuleciu! Z 15 statków wrócił tylko jeden, a na nim 17 mężczyzn -
garstka pozostała z 250, którzy wypłynęli na pokładach.. Sam Magellan zginął na Filipinach, a jego
wyprawę, pozostającą w cieniu osiągnięć Krzysztofa Kolumba, Jamesa Cooka czy innych odkrywców przypomina
tylko nazwa cieśniny miedzy Ziemią Ognistą a Patagonią i droga gwiezdna na nocnym firmamencie.
Blisko 500 lat później w niedużym kraju w środku Europy, kraju który nie ma dostępu do morza,
zeszło się paru ludzi chcących ożywić wspomnienie o wielkim odkrywcy i we własnym poczuciu naprawić
krzywdę zapomnienia. Z pomysłem wyszedł Rudolf Krautschneider - enfant terrible nie tylko czeskiego
jachtingu morskiego. Człowiek niecałkiem do Magellana niepodobny. Energiczny, idący twardo za swoim
celem, nie uznający innych praw niż jego, ustawiony zawsze pod prąd. Po powrocie z trzyletniego rejsu
dookoła świata na stalowym jachcie „Polarka”, zaczął rąbać drzewa w Górach Orlickich i ciąć je na deski.
Szybko zaczęli się wokół niego gromadzić koledzy, podróżnicy, romantycy, marzyciele, idealiści,
ludzie wyrachowani, poszukiwacze silnych wrażeń i samych siebie. Dosłownie setki ludzi. Jednak
ciężka praca, skromne warunki życia i niepewność sukcesu przesiały chętnych. Pozostało z nich w
końcu 12 zapaleńców z całych Czech. Był to trzon przyszłej załogi „Victorii” i „Polarki”.
Filozofia była prosta: kto chce płynąć - musi uczestniczyć w budowie jachtu.
Po roku było przygotowane drewno. W polskim Kołobrzegu Rudolf, znany jako Ruda, znalazł kadłub
drewnianego żaglowca rozmiarami zbliżony do wymarzonej Victorii. Pod koniec lat 60-tych kadłub
ten zaczęła budować grupa Polaków skupionych wokół architekta Janusza Kirszaka. Po jego tragicznej
śmierci budowa została przerwana i kadłub stał zapomniany. Musieli przyjechać dopiero Czesi, żeby,
jak w bajce, obudzić tę śpiącą królewnę.
Profesjonalizm zastąpiliśmy energią i zapałem, a jeszcze bardziej pragnieniem wyruszenia w rejs.
Nie rozróżnialiśmy wprawdzie drewna dębowego od tekowego i często paliliśmy w piecu mahoniem, ale
po roku kadłub był gotowy do transportu do Czech. Wędrował szlakiem statków rzecznych po Odrze,
kanałach niemieckich i Łabie. Za transport płaciliśmy rumem. Jeden dzień holu, jedna butelka.
W Usti nad Łabą łódkę wyciągnięto na brzeg, w pobliżu zbudowano hangar, który przez ponad rok
stał się naszym domem i miejscem pracy.
Siedem dni w tygodniu pracowało tam około dziesięciu ludzi, a w weekendy dobijali do nich
przyjaciele, studenci, osoby młode i starsze wiekiem. Już sama budowa była niesamowitą przygodą.
Podstaw rzemiosła szkutniczego uczył nas Polak - Piotr Szponarski. Doglądał, żeby nasza praca
przynosiła łódce korzyść, a nie szkodę.. Latem w roku 1998 dzieło było gotowe i „Viktorka”,
jak ją pieszczotliwie nazwaliśmy, mogła spłynąć Łabą do Hamburga. Stąd wyruszyła pod prowizorycznym
ożaglowaniem w samodzielny rejs do Szczecina. Asystowała jej „Polarka”, gdyż „Victoria”
nie miała silnika...
Nastąpił teraz ostatni rok końcowych przygotowań, gromadzenia funduszy, prac przy takielunku
i żaglach,. Pierwszego sierpnia 1999 „Victoria” i „Polarka” wyruszyły w rejs. Nie było wiele
czasu na wzruszenia i uroczystości pożegnalne. Oba jachtyi wyposażono na wyprawę planowaną
na 4-6 lat. Zapasowe deski, gwoździe, śruby, narzędzia, żagle, ręczna maszyna do szycia, liny
itd. Dziesiątki kilogramów konserw, makaronów, ryżu, mąki, cukru, fasoli, soczewicy. Drewno
do piecyka kuchennego i 2 metry węgla. Także tona wody pitnej w nierdzewnych pojemnikach.
Setki map i pomocy nawigacyjnych, 3 beczki benzyny do generatorów, zapasowe wiosła itd..
Do tego przenośna spawarka, ręczna prasa drukarska i pól tony książek. Aż dziw, że zostało
jeszcze miejsce dla załogi. „Victoria” mogła pomieścić 12 osób, na każdego czekała koja długości
2 metrów, szeroka na 70 cm, ze skąpym miejscem na rzeczy osobiste.
Bałtyk powitał nas przyjaźnie, a umiarkowany wiatr i nieduża fala nie pozwoliły, by choroba morska
dała w znaki zielonym nowicjuszom na pokładach obydwu jednostek. Przez Kanał Kiloński „Victorię”
przeciągnęła „Polarka”. Morze Pólnocne przygotowało ognisty chrzest. Wystarczyło 3 dni żeglugi
pod wiatr, by 1/3 załogi miała dosyć i opuściła na dobre łódkę w czasie krótkiego postoju na
Helgolandzie. Nawet najwięksi optymiści zrozumieli, że „Victoria” nie jest regatowym jachtem,
ale solidną, ciężką łajbą. Pod trójkątnymi żaglami, które w XVI wieku nie były stosowane, na
wiatr nie płynęła prawie wcale.
W końcu dmuchnęło z dobrego kierunku i miedzy silnymi prądami, platformami, mgłami i
ogromną ilością statków przepłynęliśmy Morze Północne. Zatoka Biskajska powitała nas z
kolei parodniowym sztilem. Następne dni przyniosły silny wiatr 6-7 B od rufy i na jednym
gaflowym żaglu „Viktorka” gnała 6 węzłów. Po 17 dniach dopłynęliśmy do Lizbony. Żegluga
ukazała, że wiele rzeczy i spraw trzeba teraz udoskonalić i uzupełnić. Prace nie przeszkodziły
nam jednak w odbyciu symbolicznej wycieczki do hiszpańskiego miasta Sanlucar de Barrameda.
Dwudziestego wrzesnia1999 stanąłem na brzegu w miejscu, skąd dokładnie przed 480 laty wypłynął
Magellan. W tamtej chwili nie przeczuwałem, ani nikt z nas, jaka Odyseja nas czeka.
Dalej „Victoria” popłynęła już bez ochronnego towarzystwa Polarki, która po różnych perypetiach
zawróciła do Polski. Życie na jachcie zaczęło wpadać w utarte schematy. Trzy dwuosobowe wachty
zmieniały się co 4 godziny. Jeden człowiek sterował, drugi zajmował się nawigacją i obserwacją.
Przy dobrych warunkach ten układ był całkowicie wystarczający; przy złej pogodzie lub przy
zwrotach potrzebna była na pokładzie każda ręka. Praca przy olinowaniu, szczególnie na wzburzonym
morzu, była atrakcją , którą każdy chętnie by sobie podarował i tylko najbardziej twardzi
chodzili po masztach z radością.
„Victoria” na dodatek płynęła, jak za czasów Magellana, nie posiadając silnika. Można
porównać to bezczelnej jazdy ciężarówką bez hamulców z Warszawy do Szczecina. Dopóki
droga wiedzie autostradą jedzie się przyjemnie, lecz kłopoty się zaczynają, kiedy trzeba
ominąć jakiś inny samochód (statek) lub się zatrzymać, nie mówiąc już o zatłoczonych ulicach
i parkingach (kotwicowiska czy przystanie).
Na Maderze „Victoria” za kotwiczyła w małej zatoczce w pobliżu miasteczka Machico.
Ostatniego dnia, kiedy odejście odwlekało się w oczekiwaniu na powrót z lądu ostatnich
maruderów, wiatr skręcił i zaczął wiać od strony otwartej zatoki. Kotwica puściła. Do wody
poleciała druga, zapasowa, ale ta nie miała czasu się zaklinować. Skały zbliżały się nieuchronnie,
a my mogliśmy tylko bezradnie się przyglądać. Kapitan przytomnie wskoczył do bączka i płynął
po pomoc. Viktorka w tym czasie przybliżyła się do skał dosłownie na dotknięcie i kiedy już
wyglądało na to, że będzie z nas partia obozowiczów, kotwica załapała. Wystarczyłby krótki
krok z tylniego balkonu, a na brzeg można było wysiąść sucha nogą. W takim niebezpiecznym
sąsiedztwie spędziliśmy wiele długich minut zanim przypłynął rybacki kuter i odciągnął nas
na otwarte morze.
Pomni nauczki, odpuściliśmy trasę „śladem Magellana” i udaliśmy się na poszukiwanie silnika,
kierunek- Karaiby. Atlantyk - pierwsze delfiny, wieloryby i rekiny, pierwsze ławice dorad i
tuńczyków. Wśród nich także ryba miecz 1,90 m długości. Na szczęście to był tylko „młodzieniec”
o wadze 30 kilo.
W Portoryko staliśmy się egzotycznym urozmaiceniem międzynarodowych regat „Op Sail 2000”.
Obok olbrzymich i wypucowanych szkolnych statków żaglowych, nasza „Victoria” wyglądała jak
Kopciuszek, ale przyciągała taka sama ilość publiczności jak te wielkie żaglowce.
Nadal bez silnika, nie mogliśmy dotrzymać kroku kawalkadzie żaglowców, które przy braku wiatru,
startowały swoje silniki i utrzymywały tempo według założonego programu. W ogonie flotylli
dopłynęliśmy jednak do Florydy i tam zakotwiczyliśmy na dłużej. Udało się nam zakupić, wyremontować
i zamontować silnik, a po przeczekaniu sezonu huraganów - w marcu 2001 wyruszyć dalej.
Silnik był 20 letni, ale żegluga z nim stała się bardziej bezpieczna i wygodniejsza. Kapitan
Krautschneider mógł opuścić łódkę. Teraz mieliśmy płynąć dalej sami, a on mógł się poświecić
innym projektom. Nowym kapitanem został były górnik Jindrich (Heniek) Kuchejda. Jak sam powiedział
- „zostałem szyprem, bo nikt inny nie chciał się tego podjąć”. A ponieważ do cech dobrego kapitana
należy rozwaga, cierpliwość i zdrowy chłopski rozum - w tym nie mogliśmy się równać z Jindrichem.
Według założeń mieliśmy płynąć z USA do Brazylii. Najprostsza trasa biegła przez Karaiby i wzdłuż
wybrzeży Ameryki Południowej. Ta droga liczyła około 3000 mil, ale wiatry i prądy były na niej
przeciwne. Dla naszej ciężkiej „Victorii” oznaczało to, że musimy zatoczyć wielkie atlantyckie
koło. Zamiast prostej drogi na Brazylię trzeba było wybrać trasę dłuższą, ale z pomyślnymi
wiatrami. Najpierw na drugą stronę Atlantyku, na Azory, potem na Wyspy Zielonego Przylądka i
dalej, jeszcze raz w poprzek Atlantyku, do Brazylii.
Tak tez się stało. W drodze na Azory przekraczaliśmy Trójkąt Bermudzki, obszar słynny z
tajemniczych zniknięć statków i samolotów. Również my nie uniknęliśmy jego magii. W niewyjaśniony
sposób zaczęły nam znikać zapasy kubańskiego rumu i tylko wyjątkowo dobry humor załogi nie
pozwolił na panikę. Droga przez Azory była wietrzna i szybka, ale zarazem zimna i mokra.
Rozeschnięty, po długim postoju, pokład ciekł jak sito. Kiedy mokro było na zewnątrz, mokro
było i w środku. Dopiero po tygodniu pokład się zaciągnął, a my mogliśmy spakować ochronne
peleryny i namioty.
Trzecie trawersowanie Atlantyku, z wysp Zielonego Przylądka do wybrzeży Brazylii, było ciepłe i
powolne. Przekraczaliśmy w tym czasie równik - nie obeszło się oczywiście bez wizyty Neptuna, małej
morskiej uroczystości i chrztu załogi. Nikt nie uniknął pomazania pianą o mało powabnej woni, golenia
zaostrzona deską, prysznica z morskiej wody i końskiej dawki ponczu z Cabo Verde..
Południowa Ameryka ma swój czar, a Brazylia w szczególności. Znane są przypadki żeglarzy, którzy
płynęli z zamiarem okrążenia świata, ale ich ostatecznym portem stała się właśnie Brazylia. Przypłynęli,
zakochali się i tam pozostali. Z tego punktu widzenia Brazylia jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów
na świecie.
Z początkiem roku 2002 dotarliśmy do punktu najważniejszego w całej wyprawie - Cieśniny Magellana.
Do tego miejsca Magellan dopłynął 21 października 1520 roku, wtedy już tylko z 4 statkami. Pokonanie
cieśniny o długości 310 mil zabrało mu aż 38 dni. Nasza „Victoria” zakotwiczyła w Cabo Virgenes,
u wrót cieśniny, pod koniec stycznia 2002, by ruszyć dalej przy dobrej pogodzie. Lato było w pełni,
temperatury nie spadały poniżej 5 stopni. W samej cieśninie płynąć mogliśmy tylko z korzystnym prądem pływowym.
W niektórych miejscach osiągał on prędkość 6-7 węzłów.
W miarę jak zagłębialiśmy się w cieśninę, rósł nasz podziw dla Magellana i jego ludzi. Było zagadką,
jak potrafili oni bez znajomości terenu, bez dokładnych przyrządów nawigacyjnych i map, bez prognoz
meteorologicznych płynąć takim labiryntem i to oczywiście bez silnika? Nie na darmo mówi się, że
kiedyś były łodzie z drewna, a ludzie z żelaza. Mimo zimna, które tam panuje zdejmowaliśmy nasze
czapki i baranice przed wyczynem tych żeglarzy.
Nie wypłynęliśmy bezpośrednio z Cieśniny na Ocean, nasza trasa wiodła jeszcze przez kanały zachodniej
Patagonii. Szerokość przejścia w Kanale Messier wahała się od paru metrów do 5 mil. Silne prądy i
niestabilną pogodę dopełniały porywiste wiatry spadowe, po hiszpańsku zwane rachas. Zgodnie z
zaleceniami locji, żeglować tam można było tylko w porze dziennej, a to z uwagi na odrywające się
z lodowców zwały kry.
Przyroda w tym miejscu świata jest niewiarygodnie piękna. Jest to tak jakby jacht płynął w Wysokich
Tatrach. Niedostępność tych miejsc chroni je przed masową turystyką i tłumem żeglarzy. Nieznany ocean,
który przywitał Magellana tak dobra pogodą, że ten dał mu nazwę „Oceano Pacifico” –„
Spokojny”, zaskoczył
nas sztormem. Przy wyspie Mocha rozerwaliśmy grota i czym prędzej schowaliśmy się do dobrze osłoniętego
chilijskiego portu Talcahuano.
Jak wszędzie także i tu „Victoria” była w centrum zainteresowania. Odwiedzało nas wiele osób,
a 50 wizyt w ciągu dnia nie było wyjątkiem Najciekawszym wydarzeniem był piracki napad na
„Victorie” dokonany przez członków Bractwa Wybrzeża - Hermandad de la Costa. Organizacja,
kiedyś piracka - dzisiaj zrzesza ludzi złączonych z morzem i jest wyłącznie męskim klubem.
Po 10 dniach przygotowań do żeglugi przez Pacyfik opuściliśmy Talcahuano w drugiej połowie kwietnia
2002. Na żaglach bieliły się nowe łaty, a pod pokładem znajdował się nowy prowiant. Pierwszym
przystankiem były rzadko przez jachty odwiedzane wyspy Juan Fernandez. Jedna z wysp była miejscem,
gdzie 4 lata i 4 miesiące spędził samotnie szkocki żeglarz Alexander Selkirk, który był potem
pierwowzorem postaci Robinsona Cruzoe w sławnej książce Daniela Defoe. Autor przeniósł jednak
akcję powieści na bliżej nieznaną wyspę, gdzieś w tropikach.
Trudne warunki życia na łodzi, powab egzotycznych miejsc i dziewczyn, a także ogólnie znana
„choroba ekspedycyjna” wywarły wpływ na załogę Victorii. Z pierwotnej ekipy pozostało nas tylko
trzech - Jindrich Kuchejda jako kapitan, Michał Nesvara - jako nawigator i ja przedstawiciel
do spraw przykrych i zbędnych. Na szczęście, na poszczególnych odcinkach zawsze ktoś uzupełniał
załogę – przyjaciele i żądni przygód podróżnicy z różnych stron świata. Przez pokład przewinęło
się w sumie 60 osób z 9 narodowości.
Po opuszczeniu wyspy Robinson Cruzoe, sprzyjający wiatr znaleźliśmy dopiero na 22 stopniu szerokości
południowej. Po 30 dniach, zza zamglonego horyzontu wynurzyły się zarysy jednego z najbardziej
intrygujących miejsc na świecie - Wyspy Wielkanocnej. Kto by nie słyszał o tajemniczych i pięknych
posągach moai! Wyspa ma tylko jeden malutki port i kilka otwartych zatok. Przy zmianie kierunku
wiatru trzeba było szybko uciekać na inne kotwicowisko, po zawietrznej stronie wyspy. W ciągu naszego
postoju musieliśmy pięć razy tak się przenosić, i to w całkiem dramatycznych okolicznościach.
Następna wyspa na naszej pacyficznej trasie, Henderson, była całkiem bezludna. Nie przeszkadzało
to nam w złożeniu wizyty w tym zakątku. Wyspę rzadko ktoś odwiedza. Najczęściej zaglądają tam mieszkańcy
sąsiedniej., oddalonej o 100 mil, wyspy Pitcairn. Przypływają otwartymi łodziami po drewno do robienia
rzeźb, które można potem sprzedać turystom.
Zakotwiczyliśmy także przy Pitcairn. Jest nie mniej atrakcyjna jak Wyspa Wielkanocna i jeszcze
bardziej izolowana od świata. Była miejscem ucieczki części buntowników z fregaty HMS Bounty.
Losy kapitana Wiliama Blighta i dowódcy buntu Fletchera Christiana są dobrze znane z filmów i
powieści. Na pięknej, niedostępnej, wyspie o powierzchni 5 km kwadratowych, bez lotniska i portu,
mieszka dziś kilkudziesięciu potomków buntowników, a życie w takiej komunie przynosi niemałe problemy.
Nasza dalsza droga wiodła do Polinezji Francuskiej mającej opinię raju na ziemi. Czasy się jednak
zmieniają, Tahiti nie jest już rajem, a raczej zatłoczonym i drogim centrum turystyki. Rzadziej
odwiedzane i dla nas bardziej atrakcyjne są wyspy Gambiera. Pierwszy raz od opuszczenia Ameryki
Południowej kotwiczyliśmy tam na spokojnej wodzie przepięknej laguny. Można ją sobie wyobrazić jako
olbrzymi gar zupy planktonowej, żywiącej tysiące zwierząt łańcucha pokarmowego. Tradycyjne źródło
utrzymania obywateli, rybołówstwo, podcięte zostało rozszerzaniem się choroby ciguaterra, która
czyni mięso wielu gatunków ryb koralowych trującym. Na wyspach nie ma nikogo kto by tej choroby nie
przeszedł, a rybacy w dużej mierze przerzucili się na hodowlę małży. Gambiery słyną także ze swoich
czarnych pereł, które opiewane są przez poetów jako „kropla porannej rosy rozświetlonej promieniami słońca”.
Przez archipelag Tuamotu, znany dzięki ,,atomowemu”, atolowi Mururoa przepłynęliśmy najszybciej
jak tylko się dało. Niskie wyspy z kokosowymi palmami wystają niewiele nad powierzchnię morza i
są obramowane koralowym skałami. Dawno temu znane były jako archipelag Niebezpieczny albo Labirynt.
O ile na Atlantyku spotkania delfinów czy wielorybów były na porządku dziennym to Ocean Spokojny
skąpił nam tych atrakcji. Wyjątkiem był niezapomniany dzień na wodach Polinezji, kiedy to dwójka
przedstawicieli ośmiometrowych wielorybów, przez 2 godziny pływała dosłownie na dotknięcie ręki
od naszej rufy. Jeszcze piękniejsze było dla mnie spotkanie z rekinem długopłetwym . Jego wdzięk
skusił mnie, by zapomnieć o strachu i skoczyć do wody. Przepiękny twór dostojnie krążył wokół i
mimo, że nie miałem żadnych złudzeń co do jego pokojowego nastawienia, przeżywałem głęboko
emocjonujące chwile spędzane razem z nim w morzu.
Rekinów, barrakud i muren było w nadmiarze w lagunach atolu Suworowa położonego o 720 mil na
zachód od Tahiti. Ten atol stał się sławny dzięki osobie Nowozelandczyka Tom’a Neal’a, który
osiadł tam samotnie w latach 1950-tych. W roku 1975 Tom Neal gościł w atolu polski jacht
„Maria” Ludomira Mączki i opiekował się jego załogą. Mimo, że Toma nie ma, jego chatka nadal
tam stoi i dla odwiedzających żeglarzy stała się czymś w rodzaju miejsca pielgrzymowania.
Na wyspie Suworowa jest podobno ukryty tajemniczy skarb, zakopany tam w roku 1855.
Sezon huraganów na południowym Pacyfiku trwa od listopada do marca i przeważająca część
jachtów chowa się przed nimi na Nowej Zelandii. Tam tez kierowaliśmy się powoli, odwiedzając
po drodze wyspę Niue i archipelag Tonga. Niue jest terytorium stowarzyszonym z Nowa Zelandią
i podobnie jak atol Suworowa jest pod jej opieką. Wyspa jest ciekawa, ale rzadko odwiedzana
przez jachty. Nasz pobyt na wyspach Królestwa Tonga trwał ponad miesiąc. Wyspy archipelagu
rozciągają się na długości przeszło 200 mil morskich. Na południe od archipelagu, w odległości
110 mil, leży jeszcze jedna wyspa - Ata. Aż do połowy XIX wieku była zamieszkała, ale peruwiańscy
łowcy siły roboczej porwali stamtąd wszystkich mężczyzn. Król Tonga nakazał pozostałym kobietom
i dzieciom przesiedlić się na główną wyspę Tongatapu. Oprócz sporadycznych gości Ata jest
opuszczona i dość niedostępna.. Nam desant się udał i na pamiątkę pozostawiliśmy tam tajemny
skarb „Viktorii”. Gdzie i co to jest nie mogę zdradzić, nie pozostałoby to tajemnicą.
Pozostałą cześć drogi do Nowej Zelandii, około 1000 mil morskich, pokonaliśmy ustanawiając
swoisty rekord. Podczas gdy większość jachtów pokonuje tą odległość w ciągu tygodnia, lub najwyżej
w 10 dni, my płynęliśmy dni trzydzieści. Ominęliśmy jednak starannie, leżące na trasie i cieszące
się zła sławą, niebezpieczne rafy Minerwa. Na Nowej Zelandii czekało Victorię wyciągnięcie z
wody. Do części podwodnej zakradły świdraki, postrach wszystkich drewnianych jachtów. Torredo
navalis, mięczak morski o długości do 20 cm, żywi się planktonem i drewnem. Z zewnątrz jest
dziurka nie większa niż jeden milimetr, w środku poszycie zamienia się w splot korytarzy.
Zaatakowane drzewo musieliśmy wymienić, całą porośniętą podwodną część oczyścić z „brody” i
ponownie pomalować antyfulingiem. Żaglowiec jest bowiem jak kobieta, wymaga nieustannego
zainteresowania i pieczy.
W nowym wystroju i z uzupełnioną załogą wypłynęła „Victoria” w kierunku na północ, na
różnokolorowy archipelag wielu kultur – Vanuatu. Mimo, że było już 2 i pół miesiąca po
zakończeniu sezonu huraganów, na wyspach Banksa dopadł nas spóźniony huragan Gina. Podarł
nam dwa żagle, ale była to niska cena za przejście nawałnicy. Przy wyspie Vanua Lava znaleźliśmy
schronienie przed huraganem, a także nowych przyjaciół z pobliskiej wsi. Jedna z miejscowych rodzin
przyjęła nawet naszego Michała, jako przybranego syna, do swego grona.
Przelecieliśmy przez Morze Koralowe, prześlizgnęliśmy się przez płytką cieśninę Torresa i
zakotwiczyliśmy u wybrzeży Australii- Gove Harbour, Darwin, Ashmore Reef. Na Viktorię czekały
niespokojne wody Oceanu Indyjskiego i dalsze wyspy australijskie - Christmas Island i Cocos
Islands. Początkowo słabe wiatry zamieniły się w tradycyjnie silny pasat południowo- wschodni
a odległość 1970 mil z Wysp Kokosowych na Rodriguez „Victoria” przemknęła w ciągu zaledwie
16 dni. Wyspa Rodriguez była jedną z przyjemnych niespodzianek. Planowane kilka dni odpoczynku
przeciągnęły się do 3 tygodni. Ciekawe, że większość jachtów omija Rodriguez, wszyscy płyną
na Mauritius i Reunion, a potem prosto do Południowej Afryki. Ze względu na słabe i zmieniające
się wiatry jachty trzymają kurs oddalony co najmniej 100 mil na południe od Madagaskaru.
My nie oparliśmy się jednak pokusie odwiedzenia tego lądu. Madagaskar był najbiedniejszym
miejscem spotkanym w całej podróży, a „Victoria” pierwszym od 2 lat jachtem, który zawitał w
Fort Dauphin - największym porcie na południu wyspy.
O żegludze wzdłuż wybrzeży Afryki Południowej między żeglarzami już mówiło się od Australii.
Rzadko który akwen ma tak złą opinię jak ta część Oceanu Indyjskiego. Kiedy silny, płynący
na południe, prąd Agulhas napotyka sztormy z południowego zachodu, mogą powstawać strome,
groźne fale o wysokości do 20 m. Wypracowana przez lata praktyka zaleca opuszczanie portu
Durban w ogonie przechodzącego niżu, z prognozą dobrej pogody na kilka dni. Zaraz po wypłynięciu
należy trzymać się środka prądu i wykorzystać maksymalnie jego siłę. Jeżeli następny sztorm
zastanie jacht w drodze, trzeba jak najprędzej opuścić prąd i zbliżyć się do wybrzeża.
Nasza żegluga wokół Południowej Afryki przebiegła jednak bez większych przygód. Dzięki prądowi
i korzystnemu kierunkowi wiatru „Victoria” pobiła swój rekord dobowy pokonując 184 mile w ciągu
24 godzin.
Atlantyk uważaliśmy już za swój domowy ocean, a rejs z Kapsztadu w pasacie wiejącym od rufy był
komfortowy. Odwiedzając po drodze wyspę Święta Helena, miejsce zesłania Napoleona, dopłynęliśmy
do Recife i potem Cabadelo w Brazylii. Po opłynięciu najdalej wysuniętego na wschód przylądka
Cabo Branco rozpoczęliśmy ostatnią, piąta przeprawę przez Atlantyk.
Trasę z Brazylii do wysp Azorskich, o długości 3220 mil pokonaliśmy w ciągu 43 dni. Na tym etapie
obchodziliśmy uroczyście pierwszy morski ślub na pokładzie „Victorii”.. Możliwe, że był to nawet
w ogóle pierwszy czeski ślub na morzu. Blanka i Pepa, nasze żeglarskie posiłki z Czech, po miesiącu
pobytu na morzu, zdecydowali się pobrać na jachcie. Szczęście im sprzyjało, płynęło nas dokładnie
tyle osób, ile było potrzebne do uroczystości. Panna młoda, pan młody, kapitan jako udzielający
ślubu i dwóch świadków. Brakowało tylko fotografa. „Victoria” jakby wyczuła, że dzieje się coś
niezwykłego. Trudna do zrównoważenia żaglami łódka, płynęła w tym dniu zupełnie samosterownie !
Na Azorach spotkaliśmy inny czeski jacht, „Dandy”, wracający z dwuletniej wyprawy do delty Orinoko.
Wspólna droga do Europy minęła szybko, wspomagaliśmy się wzajemnie wymieniając załogi.
Po krótkim przystanku w Cherbourgu, przepłynęliśmy w ciągu 12 dni Morze Północne, które jak
gdyby nie chciało się z nami pożegnać. 22 sierpnia 2004 „Victoria” przypłynęła z powrotem do
Szczecina. 5 lat 22 dni, 49 120 mil morskich pozostało za nami.
„Victoria” nie jest nowoczesnym jachtem o rozwiniętej technologii, ani nawet wierną repliką
statku z XVI wieku. Nie jest tez, i nie była w czasie rejsu, platformą reklamującą kogokolwiek,
czy cokolwiek. Budowaliśmy ją i płynęliśmy bez pomocy sponsorów i rozgłosu mediów.
Jest dla nas spełnionym snem o przygodzie. Rejs, jak każda przygoda, był związany z ciężką pracą
i wieloma wyrzeczeniami. Nagrodą stało się poznanie świata i jego mieszkańców, a przede wszystkim
samych siebie.
Ivan Orel, Czechy
tłumaczyła: Małgorzata Krautschneider
Zdjęcia:
Michal Nesvara, Eugene Pommier, Wojciech Jacobson
Mapka - Michal Nesvara.
Wojciech Jacobson
Rejs „Victorii” 1999 – 2004-śladem Magellana
Charakterystyka jachtu:
Długość z bukszprytem – 22,5 m
Szerokość - 5m
Zanurzenie - 3,15 m
Wyporność – 55 BRT
Balast - 20 t,
Silnik - 100 HP PERKINS (po 20 latach)
Typ ożaglowania - karaka
Powierzchnia ożaglowania - około 150 m.kw.
Załoga maksimum 12 osób, minimum 3 osoby
Okres przygotowawczy
Kadłub jachtu został zwodowany w 1997 r w Kołobrzegu,
i przeprowadzony wodą do Usti nad Łabą. Tam nastąpiła
modyfikacja, stylizowanie na karakę i dalsza budowa.
W r. 1998 „Victoria” została przetransportowana do
Hamburga, skąd o własnych siłach przypłynęła do Szczecina.
Rejs
„Victoria” wyruszyła w rejs ze Szczecina i
Świnoujścia w początkach sierpnia 1999 pod
dowództwem Rudolfa Krautschneidera. W pierwszym
etapie jacht płynął bez silnika. Upodobniało to
żeglugę do warunków XVI wiecznych, ale sprawiało
kłopoty nawigacyjne i manewrowe. Trasa prowadziła
przez Kanał Kiloński, Helgoland , Morze Północne,
zatokę Biskajską, Lizbonę, Maderę do Wysp Kanaryjskich
Tam nastąpiła zmiana planów. Zamiast bezpośredniej
żeglugi do Cieśniny Magellana, jacht popłynął do San
Juan, Portoryko i wraz z flotylla Op-Sail 2000 dotarł
na Florydę. Na Florydzie załoga własną pracą pozyskała, wyremontowała i
zamontowała silnik. Dowódcą, aż do końca rejsu został teraz Indrich (Henryk) Kuchejda.
Z Florydy jacht popłynął logiczną nawigacyjnie,
choć okrężną drogą przez Azory, wyspy Kanaryjskie i Zielonego Przylądka,
wybrzeża brazylijskie i argentyńskie do cieśniny Magellana. Po przejściu
Cieśniny Magellana załoga zatrzymała się w Talcahuano na wybrzeżu chilijskim.
Z Talcahuano trasa prowadziła Pacyfikiem przez wyspy Robinson Cruzoe, Wielkanocną,
Pitcairn, Polinezję Francuską, archipelag Cooka i Tonga do Nowej Zelandii.
Wśród odwiedzanych miejsc były także rzadko eksplorowane i trudno dostępne,
niezamieszkałe wyspy Henderson, Suworow i Ata.
Po remoncie jachtu w Nowej Zelandii załoga popłynęła przez wyspy Vanuatu
do cieśniny Torresa natykając się po drodze na opóźniony tajfun Gina. Po
przejściu niebezpiecznej cieśniny Torresa jacht kotwiczył w kolejnych miejscach u
wybrzeży Australii - Gove Harbour, Darwin, Ashmore Reef. Na „Victorię” czekały
niespokojne wody Oceanu Indyjskiego i dalsze wyspy australijskie - Christmas
Island i Cocos Islands. Po odwiedzeniu wysp Rodriguez, Mauritius i Reunion
jacht zatrzymał się na Rzadko odwiedzanym przez żeglarzy Madagaskarze a następnie
dopłynął do Durbanu w Południowej Afryce.
Dalsza żegluga wokół Południowej Afryki przebiegła bez większych przygód.
Dzięki prądowi i korzystnemu kierunkowi wiatru „Victoria” przemknęła szybko niebezpieczny
odcinek do Cape Town uzyskując po drodze rekordowy przelot dobowy - 184 mile w ciągu 24 godzin.
Żegluga na Atlantyku była dla załogi powrotem na znajome wody, a rejs z Kapsztadu w
pasacie wiejącym od rufy był ulgowy. Odwiedzając wyspę Święta Helena, „Victoria”
dopłynęła do Recife i potem Cabadelo w Brazylii. Po opłynięciu najdalej wysuniętego
na wschód przylądka Cabo Branco rozpoczęła się ostatnia, piąta przeprawa przez Atlantyk
do wysp Azorskich. Na tym odcinku na pokładzie jachtu odbył się uroczyście morski ślub.
Młoda para, która uzupełniła załogę przylatując z Czech, zdecydowała się pobrać na
jachcie. Ślubu udzielił kapitan, a dwaj pozostali członkowie załogi byli świadkami.
Droga z Azorów do Europy biegła w towarzystwie spotkanego drugiego czeskiego jachtu
„Dandy” powracającego z rejsu do rzeki Orinoko. Po krótkim przystanku w Cherbourgu,
„Victoria” przepłynęła Morze Północne i 22 sierpnia 2004 zawitała z powrotem do Szczecina.
Żegluga trwała 5 lat 22 dni, za rufą pozostało 49 120 mil morskich i ponad 120 odwiedzonych miejsc.
Jak powiedziała załoga „...rejs był dla nas spełnionym snem o przygodzie, jak każda przygoda,
był związany z ciężką pracą i wieloma wyrzeczeniami, nagrodą stało się poznanie świata i jego
mieszkańców, a przede wszystkim samych siebie...”.
Zajrzyjcie też na: http://victoria.szczecin.art.pl/
Drukuj tekst
|